Po krótkim śnie obudziliśmy się o wschodzie słońca. Szybkie śniadanko w motelowej stołówce i ruszyliśmy w trasę. Czego nie zobaczyliśmy w nocy, zobaczyliśmy w drodze na zaporę Hoover'a. Najpierw zdjęcie na tle oryginalnego hotelu Luxor, który wyglądem odzwierciedla starożytną piramidę, a następnie Welcome to Fabulous Las Vegas,czyli znak witający przybyszów do miasta. Stał on kiedyś przy głównej drodze, ale tylko do czasu, aż wybudowano autostradę omijającą słynny the Strip.
60 km od Las Vegas mieści się Hoover Dam. Nazwano ją tak na cześć ówczesnego prezydenta Herberta Hoovera. Niegdyś była największą zaporą na świecie. Powstała w latach 1931-1936. Przy podstawie ma 201 m długości i wznosi się na 220 m w górę, czyli mniej więcej na wysokość 70-piętrowego drapacza chmur. U góry zapora ma 375 m długości i 14 m grubości. Jeśli jesteście zainteresowani jej historią to odsyłam Was TUTAJ gdzie macie ciekawy artykuł z licznymi zdjęciami. Serdecznie polecam :]
Widok na sztuczne jezioro Mead
Zanim pojawiliśmy się na zaporze, nasze kroki powędrowały na pobliski most, z którego rozciąga się piękny widok na ową budowlę. Nim wstawię z niego zdjęcie, spójrzcie jak pięknie on wygląda :]
I tutaj przechodzimy do panoramy zapory Hoover'a, jaką zobaczyliśmy z mostu oraz pozostałych zdjęć elektrowni wodnej :]
Komu w drogę...
...temu Wielki Kanion :D
Przenosimy się do początku :]
Dzień się chyli ku końcowi więc pora ruszać ;)
Przed nami długa droga, a następnego poranka przywita nas taki cudny widok...
Krótki był mój sen w HI Santa Monica Hostel. Obudziłem się w nocy i ku mojemu zdziwieniu moja mama również nie spała. Jet lag zrobił swoje. Szybko podjęliśmy decyzję i udaliśmy się na słynną Santa Monica Beach, aby zobaczyć wschód słońca. Dla mnie znanej przede wszystkim z kultowej gry GTA San Andreas. Pozostałym to miejsce będzie się kojarzyć z początkiem Route 66, której długość wynosi 3945 km. Droga ta przebiega przez 8 stanów i kończy swój bieg w Chicago na podobnej promenadzie, jak tutaj.
PS. Nazwa "San Andreas" pochodzi od nazwy uskoku tektonicznego biegnącego wzdłuż wybrzeża Kalifornii.
Santa Monica pożegnaliśmy przy ratuszu obok, którego zostawiliśmy samochód. Znajduje się tam płatny parking wielopoziomowy. Następnie w drodze do LA wstąpiliśmy do polskiego kościoła na Mszę świętą :] Ku naszemu zaskoczeniu rekolekcje adwentowe prowadzone były przez o. Jana Króla - wicedyrektora Radia Maryja i TV TRWAM :D Strona parafii: www.polskaparafia.us
Parafia Matki Bożej Jasnogórskiej
Potem udaliśmy się do centrum LA. Najpierw zobaczyliśmy Staples Center. Jest to wielka hala widowiskowo-sportowa. Swoje mecze rozgrywają tam: Los Angeles Lakers, Los Angeles Clippers, czy hokeiści z Los Angeles Kings. Sama hala mieści od 18 340 widzów hokeja po około 20 000 fanów muzyki. Mecze NBA pomieszcząmaksymalnie19 067 kibiców.
Następnie spacerowaliśmy po okolicy bez żadnego planu. Tak po prostu przed siebie gdzie nogi poniosą. Później w samochód i jazda do Griffith Observatory podziwiać panoramę Hrabstwa Los Angeles wraz ze słynnym napisem Hoolywood. I właśnie pod tym napisem trafiliśmy na Marka Kirsch'a. Nie znałem go, ale nagrał ze mną czołówkę do swojego programu :D Kto wie może kiedyś przeglądając internety trafię na siebie w jego materiale? Póki co zostaje mi cieszyć się super pamiątką, jaka została mi po tym spotkaniu, czyli zdjęciem. Swoją drogą Mark jest bardzo pozytywną osobą.
Żegnając Miasto Aniołów wybraliśmy się na Hollywood Blvd, gdzie znajduje się aleja gwiazd oraz Dolby Theatre - miejsce wręczenia Oskarów. Miejsce tłoczne, ale niezbyt przyjemne. Kiedyś ze znajomymi nocowaliśmy w motelu przy tym bulwarze i nie zrobiło na nas dobrego wrażenia. Szczególnie w nocy kiedy kręci się tam sporo dziwnych ludzi. Niby można się tam zabawić bo jest sporo barów i dyskotek. Lecz z pewnością trzeba tam uważać.
Czas nieubłaganie pędził do przodu, a dzień ustępował miejsca nocy. Dlatego po szybkim odhaczeniu naszej listy, ruszyliśmy w trasę do Las Vegas. Na naszą korzyść przemawiał fakt, iż była niedziela. Inaczej sporo czasu stracilibyśmy stojąc w ulicznych korkach. 4 godziny zajęła nam podróż do miasta, które wcale nie jest światową stolicą hazardu. Tytuł ten przysługuje Makao gwoli ciekawostki :P Na miejsce dotarliśmy dosyć późno bo około północy i na dodatek przywitał nas lekki mróz. Nie zniechęciło nas to zupełnie i mimo zmęczenia poszliśmy zwiedzać. Poza tym mówi się, że to miasto nie śpi nocą. Więc komu w drogę, temu czas :]
PS. W przyszłości wstawię tutaj linka do postu (kiedy go skończę) z mojej wcześniejszej wyprawy do Las Vegas :P
Święta Bożego Narodzenia zbliżały się wielkimi krokami. Przypadek sprawił, że żydowskie święto świateł - Chanuka, rozpoczynało się 24 grudnia i trwało do 1 stycznia. Na moje szczęście host rodzina postanowiła odwiedzić w tym czasie swoich krewnych. Mieli m.in. odwiedzić Tennessee, do którego zaprosili mnie na wakacje. Dzięki temu, iż nasze święta wypadały w tym samym czasie, mogłem otrzymać aż 17 dni wolnego :D Rodzina miała wyjechać tydzień przed wigilią. Ja korzystając z okazji zapytałem się hostów, czy mógłbym zaprosić podczas ich nieobecności moich przyjaciół z Teksasu. Zgodzili się <3 Cudownie!
Radość jednak nie trwała zbyt długo. Na skutek różnych przeciwności, mogliśmy spędzić czas wspólnie, ale tylko w Sylwestra. I o tym dowiecie się za siedem kolejnych postów. Na które już teraz zapraszam :P
Musiałem jakoś zaplanować sobie czas wolny i ku mojemu zaskoczeniu z ratunkiem przyleciała moja mama. Jak tylko dowiedziała się, że święta będę spędzał samotnie albo w gronie au pair, to od razu sprawdziła połączenia lotnicze. Znalazła tanie bilety do San Francisco na trzy tygodnie przed wylotem. Linią WOW Airlines przyleciała z Berlina z przesiadką na Islandii za kwotę 419,98 USD.
Keflavik - Islandia
SFO Airport
Menlo Park Inn
16 grudnia 2016 roku odebrałem mamę z lotniska. Następnie kolacja u Hostów, którzy zamówili moje ulubione meksykańskie jedzenie :) Kolejny dzień z samego rana odebrałem mamę z motelu i ruszyliśmy przed siebie. Godzinę później hości mieli samolot, dlatego motel w tej sytuacji był najlepszym rozwiązaniem.
Tego dnia na trasie Big Sur Coast Highway, czyli długiego na 90 mil odcinka Highway 1 zobaczyliśmy: Carmel Mission, Whalers Cabin Museum, Bixby Bridge oraz McWay Falls.
PS. Na sam koniec wspomnę ciekawą sytuację. Tuż przed przyjazdem do hostelu w Santa Monica tankowałem na okolicznej stacji. Poszedłem zapłacić, ustawiłem się w kolejce i wtedy od kobiety, która weszła chwilę po mnie usłyszałem, że na stację zajechała Rihanna... Po powrocie do auta zapytałem się mamy, czy widziała przed chwilą tankującą kobietę, mulatkę? Mama potwierdziła, ale nie miała pojęcia kto to był. Wspomniała tylko, że ta kobieta wysiadając z samochodu tylko się do niej uśmiechnęła :D Można? Można :P hahaha
Żegnając się z rodzinką z Teksasu obiecałem im, że jeszcze tu wrócę. I nie minęło pół roku i oto jestem. Co prawda na mniej niż 48h, ale jestem :) Decyzje o kupnie biletu podjąłem pod wpływem dwóch czynników. Po pierwsze pomysł wyszedł od Ani, która zachęciła mnie, abym przyleciał na polski festiwal. Co nie zmienia faktu, że głównym powodem jest odwiedzenie przyjaciół i rodziny. Po drugie tego samego dnia, jak o tym pomyślałem, otrzymałem email od hosta z Teksasu, w którym informuje mnie, że rodzinie bardzo brakuje mojej osoby oraz, że tęsknią. I jest to najlepszy przykład na to, że program au pair to nie tylko praca, ale również coś więcej. Chwilę później potwierdziłem z obecną rodziną, iż tego weekendu mogę wybrać się do Teksasu :)
Był to niezwykle intensywny weekend. Już pierwsze spotkanie z C na lotnisku mile mnie zaskoczyło. Nie spodziewałem się, że moje nogi będą chciały biec, aby jak najszybciej uściskać się z nią :) Zawsze lubiłem czytać o takich "rajdach" na lotnisku. Fajne uczucie. Cieszę się, że mogłem tego doświadczyć.
Z racji, że przyleciałem bardzo późno, a miałem niewiele tylko ponad 43 godziny, wstałem wcześnie rano, aby jak najdłużej nacieszyć się tą wizytą. Poszliśmy na rodzinny spacer, gdzie byłem pod sporym wrażeniem, jak to bliźniaki podrosły i chodziły bez niczyjej pomocy. O dziwo poznały mnie i było mi z tego powodu bardzo miło. W końcu, jakby miały nie poznać osobę, którą przez rok czasu: karmiła, zmieniała pieluchy i dostarczała radości co nie miara :D Przy okazji zahaczyłem też po sąsiedzku o pewien dom, który został przystrojony na Halloween. Wspominałem o nim już na blogu <klik>.
Po południu pojechałem do Ady i Grześka. Gdzie Grzesiek zoranizował rogrzewkę z najlepszym, jak dla mnie, bo miodowym Jackiem Daniel'sem. Następnie mogliśmy szykować się na wieczorną imprezę urodzinową Sylwii. Jak w poprzednim roku jubilatka zażyczyła sobie przyjścia w kostiumach. Powiem tak. Kupując bilety nie myślałem o tym, że data zbiegnie się z jej urodzinami. Byłem miło zaskoczony. Impreza udana. Zresztą, jak zawsze. A pod koniec urodzin nic nie zapowiadało tego, że część uczestników postanowi ochłodzić się w pobliskim basenie :D
Następnego dnia pojechaliśmy do Dallas, gdzie odbywał się pierwszy polski festiwal, który organizowany był przez polską parafię. Miejsce położone niedaleko centrum miasta, ale również polskiego kościoła. Olbrzymia kolejka po jedzenie, możliwość zakupu polskich pamiątek, tłum ludzi... Ale mimo wszystko zabrakło mi takiego klimatu, jaki znam z Houston. Dodam jeszcze, że w trakcie trwania festiwalu przypadkiem uczestniczyłem w hiszpańskojęzycznej Mszy. A na sam koniec zapraszam Was na film :P
Dzisiejszy wpis nie będzie obfitował w zdjęcia i nie dołączę do niego długiego filmu. Gdybym wiedział co mnie ominie, inaczej zaplanowałbym dzień, który rozpoczął się tak... 9 października pojechałem z Izą na polską Mszę do San Francisco. Gdzie następnie zjedliśmy pyszną prawdziwą polską kiełbaskę <yummy!> Potem przeszliśmy przez miasto, zahaczając o słynne wiktoriańskie domki tzw. Painted Ladies. Powinniście je kojarzyć z amerykańskich filmów. Pod spodem załączam stare zdjęcie. Dlaczego stare? Alamo Square w tym czasie przechodziło akurat renowację. Stamtąd najlepiej byłoby mi zrobić zdjęcie.
Painted Ladies
Na filmie z tego miejsca będziecie mogli usłyszeć przelatujące nieopodal samoloty. Ponieważ w tym czasie odbywał się w San Francisco Fleet Week, czyli Air Show. Dlatego jednym z punktów tego dnia było zobaczenie pokazu lotniczego popularnej grupy "Blue Engels". Powiem szczerze - w ogóle mnie się nie spodobali. Jest taki jeden wyraz, który doskonale to podsumuje - NUDA!
Hm, większe wrażenie robi na mnie przelatujący A380, niż kilka odrzutowców lecących bardzo blisko siebie. Może dlatego, że myśliwce są bardzo małe... i tutaj jest dobry moment, aby zaprezentować Wam United Airlines - Jumbo Jet, który dał pokaz przed grupą "Niebieskich Aniołów". Wideo zapożyczone z YT. Żałuję, że przegapiłem taki wspaniały widok... ach!
Zanim przeszliśmy nad nabrzeża skąd był najlepszy widok na podniebne wyczyny, po drodze wstąpiliśmy do mojego ulubionego outletu - Marshalls. Iza musiała kupić prezenty przed powrotem do Polski :P Troszkę czasu nam tam zeszło... Następnie przeciskając się przez tłum trafiliśmy również na barwną paradę :)
Dzień kończyliśmy na Washington Square Park gdzie wspólnie z Izą, Jamesem oraz CiCi podziwialiśmy drogie samochody i wypiliśmy po Angry Orchard, czyli popularnym amerykańskim cydrze :P